Czy zachodnie błędy edukacyjne są właśnie kopiowane w Polsce? Eksperci nie mają wątpliwości – stawką jest wychowanie całego pokolenia. Publikujemy wywiad z Magdaleną Guziak-Nowak, dyrektor ds. edukacji Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka, współautorką podręczników do wychowania do życia w rodzinie, żoną i mamą sześciorga dzieci. 

Gra pozorów

Czy warto przyłączyć się do akcji wypisywania dzieci z zajęć tzw. edukacji zdrowotnej?

– Zdecydowanie warto, ponieważ chodzi o sprawy fundamentalne. Stawką jest przyszłość naszych dzieci, wnuków. I to jest nie figura retoryczna, tylko rzeczywistość. Widzieliśmy, do czego doprowadziło ślepe wprowadzanie permisywnej edukacji seksualnej na Zachodzie – do zdezorientowanego pokolenia, które często nie wie, kim jest, dokąd zmierza i na czym polega dojrzała relacja. My naprawdę nie musimy wyłącznie uczyć się na własnych błędach, możemy też uczyć się na cudzych i wyciągać wnioski. Zachód powoli zaczyna się z wycofywać z nachalnej seksualizacji dzieci i młodzieży, ale my – zamiast się uczyć – brniemy w to i na dodatek w imię rzekomego postępu. Nie ma na to mojej zgody. Mam natomiast solidne podstawy, by twierdzić, że przedmiot „edukacja zdrowotna” jest próbą ideologicznego programowania młodego pokolenia. Przyglądam się tej sprawie nie tylko jako osoba zaangażowana społecznie w ruch prorodzinny, ale przede wszystkim – jako matka. Jeśli my, rodzice, nie postawimy tamy, nikt inny tego za nas nie zrobi. Dość eksperymentowania na naszych dzieciach.

  Czy treści zawarte w programie tzw. edukacji zdrowotnej, które mają być wprowadzane do szkół, to wierna kopia ideologicznych schematów znanych z Zachodu?

–            W tym momencie nie, ale musimy uczyć się patrzenia w perspektywie. Wdrażanie biologicznej edukacji seksualnej do szkół to proces. Dzieli nas od krajów Europy Zachodniej czas wprowadzanych zmian. To, co teraz jest realizowane u nas, tam miało miejsce dekady temu. Zmiana jest realizowana metodycznie, według dobrze znanego scenariusza. Lewica działa tu bardzo sprytnie – metodą małych kroków, która nie bez powodu przypomina gotowanie żaby: podkręcasz tempera- turę powoli, żeby nikt nie zauważył, kiedy zrobi się naprawdę gorąco. Tak właśnie próbuje się uśpić czujność rodziców, wmówić im, że to tylko „nowoczesna edukacja” i „profilaktyka zdrowotna”. Aktualna podstawa pro- gramowa edukacji zdrowotnej, opublikowanej w formie rozporządzenia – jest publicznie dostępna w internetowym systemie aktów prawnych. Jej treść jest dość neutralna w tonie, z pozoru wyważona. Z ostatecznej wersji, wskutek protestów rodziców, zniknęły najbardziej drażliwe kwestie. Mimo to nadal diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach – a właściwie w kontekście.

  I jaki jest kontekst?

–            Kiedy zestawi się ten dokument z wcześniejszą podstawą programową do przedmiotu wychowanie do życia w rodzinie, widać zmianę paradygmatu. Do tej pory tematy związane z płciowością i seksualnością były osadzone w kontekście rodziny, miłości, odpowiedzialności i małżeństwa. Teraz wyciągamy seksualność z koszyka z napisem „rodzina” i wkładamy ją do koszyka z napisem „zdrowie”. WDŻ miał wychowywać do wstrzemięźliwości seksualnej przed ślubem i potem do wierności żonie/mężowi przez całe życie. Zdaniem lewicy ten model się wyczerpał. Znika więc więź z rodziną, odpowiedzialność, miłość rozumiana nie jako przelotna emocja, ale jako wybór, zobowiązanie, fundament dorosłości. Zamiast tego spodziewam się w szkolnych podręcznikach (jeszcze ich nie ma) języka „zdrowia reprodukcyjnego”, chłodnego, technokratycznego żargonu, który redukuje człowieka do zestawu funkcji biologicznych. Innymi słowy, zamiast spójnego wychowania, które osadza seksualność w kontekście relacji, wartości i wspólnoty, dostajemy edukację „oderwaną” – oderwaną od rodziny, oderwaną od tożsamości, oderwaną od sensu. To nie jest przypadek. To celowe działanie, kalkowane z zachodnich wzorców, które dziś budzą coraz więcej wątpliwości. My dopiero wchodzimy na tę drogę, ale już widać, dokąd ona prowadzi. I właśnie dlatego nie możemy pozwolić, by to się działo po cichu, bez naszej reakcji.

  To ma aż tak duże znaczenie, że kwestie prokreacji w systemie edukacji będą oderwane od rodziny, od miłości, od odpowiedzialności?

–            To nie tylko ma znaczenie – to jest sprawa zasadnicza. Bo jeśli treści związane z seksualnością człowieka zostają przeniesione wyłącznie na grunt „zdrowia”, a jednocześnie pomija się takie wartości, jak małżeństwo, trwała relacja, wierność, miłość czy odpowiedzialność – to mamy do czynienia nie z żadną neutralną edukacją, tylko z ideologiczną przebudową myślenia młodego pokolenia. Ten kierunek oznacza odejście od modelu edukacji obecnego do tej pory w polskiej szkole – modelu, który choć nieidealny, jednak zachęcał młodych ludzi do wstrzemięźliwości, do życia w miłości i odpowiedzialności. To było zakorzenione w wartościach, które niosły sens, chroniły godność i rozwijały charakter. Tymczasem dziś lansuje się narrację, według której akt seksualny to wyłącznie zaspokajanie biologicznej potrzeby, czynność czysto fizjologiczna.

  Jednak złagodzono finalną wersję podstawy programowej. To nie jest sygnał, że system edukacyjny jest zdolny do refleksji?

–            To nie był gest dobrej woli. To klasyczna gra pozorów, prowadzona według dobrze znanego scenariusza: „ustąp trochę dziś, by jutro móc wprowadzić wszystko”. Owszem, finalna wersja podstawy programowej została wygładzona w stosunku do pierwotnej – zniknęły z niej najbardziej kontrowersyjne zapisy (np. cispłciowość, transpłciowość, aseksualność). Ale nie łudźmy się – to nie efekt refleksji ani nagłego olśnienia autorów. To czysta kalkulacja polityczna. Lewica doskonale wiedziała, że zbyt agresywne forsowanie radykalnych treści mogłoby wywołać potężny opór społeczny. I ten opór rzeczywiście się pojawił – widać było ogromne poruszenie w środowiskach rodzinnych, konserwatywnych, wśród zwykłych rodziców, dziadków, opiekunów. Oni poczekają, aż zainteresowanie rodziców zmaleje. Wówczas wrócą te po- jęcia, które zostały wykreślone.

  Do kiedy rodzice mogą wypisać swoje dziecko z zajęć z edukacji zdrowotnej – i co dzieje się, jeśli przegapią ten termin?

–            Granicą jest 25 września. Jeśli rodzic nie zdąży złożyć odpowiedniego oświadczenia do tego dnia, jego dziecko zostaje automatycznie włączone w system, bez możliwości cofnięcia decyzji. A mówimy tu o zajęciach, które dla wielu rodzin są nie neutralnym dodatkiem do planu lekcji, lecz realnym zagrożeniem dla ich wartości i sposobu wychowania. Dlatego nie ma co odkładać tego na później – lepiej zadbać o to jeszcze w wakacje. Wystarczy złożyć oświadczenie, można napisać je odręcznie albo pobrać z naszej strony internetowej www.pro-life.pl. Takie oświadczenie dajemy wychowawcy na pierwszym zebraniu. W ten sposób rodzic wysyła jasny sygnał:

„Ja decyduję o tym, czego moje dziecko się uczy, i nie zgadzam się na udział w eksperymencie społecznym pod przykrywką edukacji zdrowotnej”. Co więcej, warto nie tylko samemu działać, ale również poruszyć temat wśród znajomych, sąsiadów czy członków rodziny. Bo to sprawa, która nie dotyczy tylko jednostki – to kwestia przyszłości całego pokolenia. Jeżeli rodzice nie zareagują dziś, jutro może być już za późno.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk, Wywiad ukazał się na łamach Naszego Dziennika nr 177, 2-3.08.2025 r.

Więcej też na stronie:

https://wychowawca.pl/category/edukacja-zdrowotna-artykuly/#https://wychowawca.pl/category/edukacja-zdrowotna-artykuly/